piątek, 12 maja 2017

Facet to musi być facet: 07. Chłopiec w lustrze

Drodzy Czytelnicy,
Nareszcie się ociepliło! Za to niestety wielkimi krokami nadchodzi okres sesyjny (oraz przedsesyjnego natężenia kolokwiów i zaliczeń), przez co raczej będę publikować rzadziej niż częściej. Ale nie martwcie się, ani o Was, ani o Tomku nie zapominam.
Przyjemnego czytania.

07. Chłopiec w lustrze

– Tomek!
Ze snu wybudził go naglący głos jedynej kobiety na świecie, przed którą zdarzało mu się odczuwać prawdziwy strach i wywoływało uczucie nieprzyjemnego oczekiwania na niepożądane. Wyślizgnął się więc spod kołdry i jedynie nieznacznie poprawiwszy jej rogi poczłapał do łazienki.
Tomek nauczył się omijać lustro wzrokiem. Po prostu nie patrzył na swoje odbicie. Zajęło mu rok aż doszedł do perfekcji w unikaniu własnej twarzy. Prześlizgiwał się za to wzrokiem po innych przedmiotach lub patrzył niby na siebie, jednocześnie zaglądając w przestrzeń – kierunku znanym jedynie sobie samemu. Tylko czasem zdarzała się sytuacja taka jak ta, gdy mył ręce w umywalce szkolnej toalety i zerknął w lustro, aby dostrzec otwierające się za jego plecami drzwi jednej z kabin. Właśnie wychodził z niej uśmiechnięty półgębkiem Tymek i patrzył mu wyzywająco w oczy. Wtedy Tomek zwracał wzrok w stronę własnej twarzy, udając, że wcale bacznie nie obserwował szkolnego wroga.
Jeszcze tylko trochę – powtarzał sobie w myślach.
W szkole był dość wykluczony (za co winą obarczał oczywiście Tymka), ale istniał tego jeden znaczący pozytyw. Oceny Tomka były na całkiem przyzwoitym poziomie, dzięki czemu rodzice nie posiadali się z dumy. Przynajmniej w rodzinnym gronie, bo na co dzień wydawali się zbyt pochłonięci własnymi sprawami. Syn za to nie przysparzał im ani sobie niepotrzebnych kłopotów, a poza tym mógł dostać się do liceum tak dobrego, do jakiego Tymek po prostu nie da rady dojść o własnych siłach. To była szansa na wyzwolenie się z...
– Rudolf!
– Poświeć mi!
No właśnie.
Czasami, ale to naprawdę rzadko, Tomek w jakimś nagłym akcie masochizmu stawał przy umywalce w łazience i przyglądał się swojemu odbiciu. Wtedy widział, że było coraz gorzej. Widział swoją zaniedbaną twarz – coraz częstsze i wyraźniejsze czerwone ogniska zapalne, stada czarnych kropeczek na policzkach oraz w okolicach nosa, zaczerwienienia, które już stały się jego zmorą i te okropne włoski, z coraz większą żarliwością zajmujące powierzchnię twarzy. Niemal czuł, jak porastają mu przestrzeń między brwiami. Do tego odczuwał dyskomfortowe swędzenie i pieczenie twarzy, a miejscami równie niekomfortowe ściąganie. Ale cóż on mógł począć? Może na tym właśnie polegało męstwo – na przetrwaniu niedogodności – i właśnie dlatego mężczyźni chodzili tacy... zaniedbani? Dbałość wiązałaby się w takim razie ze słabością – tak rozmyślając, Tomek przeglądał się w lustrze z niesmakiem.
A wtedy zaczął się przymrozek. Powietrze powoli stawało się coraz ostrzejsze, a termometry wskazywały temperaturę nieznacznie poniżej zera. O poranku trawę pokrywał szron, zaś wieczorami padały małe płatki śniegu, mieszając się z deszczem i stapiając z ziemią. Podczas jednego z takich wczesnozimowych dni Tomasz stał na przystanku, przestępując z nogi na nogę i czując, jak na zmianę to pieką, to swędzą go dłonie. Gdy na nie spojrzał, wierzch był nieciekawie czerwony. Wtedy gorzko pomyślał, że może to jakaś choroba i odruchowo oblizał suche usta.
Gdy jeszcze tego samego dnia dotarł do szkoły na kosteczkach jego dłoni znajdowało się kilka drobnych pęknięć, szklących się krwią.
Po powrocie do domu usta piekły go w równie irytujący sposób co dłonie. Zdjął kurtkę, by pod pretekstem naglącej potrzeby czym prędzej zaszyć się w łazience. Kiedy tylko spojrzał w lustro, ujrzał że powierzchnia jego ust była pełna odstających suchych skórek, a gdy przejechał po nich opuszką palca, okazała się nieprzyjemnie chropowata. Oblizał je. Nie pamiętał, jak to było z kondycją jego ust zimową porą w poprzednich latach, ale nie wydawało mu się, żeby miał takie problemy.
– Tomek!
Tym razem pierwszym, co poczuł po przebudzeniu, było nieznośne pieczenie i swędzenie dłoni. Czerwonych, poprzecinanych jeszcze czerwieńszymi pęknięciami, które przypominały odłażącą farbę. Bolały go, ale wmawiał sobie, że jako mężczyzna powinien ignorować ból i nie okazywać emocji wskazujących na słabość. W końcu zadbany mężczyzna jest słaby, a on nie może taki być. W końcu jest Chłopcem Pełnowartościowym.
Odbicie twarzy zwyczajowo ominął, a gdy mył zęby, wbijając wzrok w umywalkę, rozmyślał o tym, czy wszyscy chłopcy tak robią – okazują swoją (chłopięcą jeszcze) męskość poprzez niezwracanie uwagi na wady, cielesność i kondycję własnej twarzy. Oczywiście, że chłopiec z twarzą pokrytą czerwonymi ropnymi bąblami nie miał szans na wysoką pozycję w chłopięcej hierarchii, ale Tomkowa buzia nie wyglądała jeszcze aż tak tragicznie, by groziła mu kompletna społeczna martwota (jeśli już nastąpiłoby to z Tymkowych względów). Był głównie czerwony i miał włoski – między brwiami, przechodzące powoli na powieki oraz rozciągające się aż na skronie. Wtedy właśnie Tomek zorientował się, że patrzy na własną twarz, więc szybko odwrócił wzrok, energicznie wypluwając pianę do zmywalki. Wymieszana z rozpienioną białą pastą gęsta ślina wolno podążyła w kierunku spływu, by zniknąć w czeluściach mroku, po chwili spłukana wodą puszczoną przez Tomka z kranu. Zużytego należało się pozbyć, zresztą na co komu piana po myciu zębów?
– Hej, kujon!
Tomek nawet się nie odwrócił.
– Rudolf!
Tym razem drgnął, choć starał się pokazać, że puścił wyzwisko mimo uszu.
– Małpa!
Odwrócił się. Niedaleko szafek, z których chłopiec właśnie wyciągał podręczniki, stał Tymek wraz ze swoją świtą i zdawał się znakomicie bawić.
– Zareagował! Rudolf jednak nie jest reniferem, tylko włochatą małpą!
Chłopcy ryknęli śmiechem, a Tomek oblał się rumieńcem i skrył we wnęrzu szafki, by nikt nie zauważył tej pompatycznej reakcji ciała. Powinien się do tego przyzwyczaić, w końcu nazywano go Rudolfem przez czerwoną twarz, ale jeszcze nigdy nikt nie zwrócił uwagi na jego odrażające brwi, które stanowiły jedną z bezpośrednich przyczyn omijania przez Tomka wszelkich luster. Tymek znał doskonale jego słabe punkty i ledwo Tomkowi udało się uodpornić na jedno przezwisko, ten wymyślał drugie.
Tym, czego pragnął w tamtej chwili najbardziej, było zapaść się pod ziemię. Albo przynajmniej sprawić, żeby nikt na niego nie patrzył: stać się niewidzialnym lub po prostu zniknąć.
Wtedy tuż za plecami usłyszał znajomy głos:
– Nie chowaj się jak pedał pod spódnicą mamy, małpo.
To był też pierwszy raz, kiedy Tomek zyskał pozycję bliskiej stopom części roweru. Bo właśnie tam było jego miejsce – pod Tymkowym butem.
Kiedy rano Tomek wyruszał do szkoły, wkładał do uszu słuchawki i zwinąwszy kabel, chował go w kieszeni. Nie słuchał muzyki, nawet nie wiedziałby co ma włączyć, po prostu je tam trzymał, żeby stanowiły barierę między nim a resztą świata.
Mógł wtedy nieśmiało obserwować dziewczynę, która podskoczyła, gdy siedzący obok kolega o krótkich spiczastych włosach dotknął jej uda, gdy śmiała się, kiedy szeptał jej na ucho rzeczy, jakie nigdy nie powinne zostać wypowiedziane w przestrzeni publicznej.
Ona w obcisłych spodniach, on w prostych dżinsach i luźnej koszulce. Narzucił na siebie jeszcze tylko bluzę, choć było dość chłodno (usta piekły Tomka coraz bardziej i nabawił się nieprzyjemnego odruchu drapania dłoni – drapał aż do czasu, gdy poczuł na opuszkach i pod paznokciami coś mokrego). Może właśnie na tym polegała męskość? Gdy autobus stanął na przystanku i otworzyły się drzwi, fala zimna owiała pasażerów jak oddech smoka, który zamiast ogniem zionie powietrzem o zapachu śniegu. Dziewczyna owinęła się szczelniej szalikiem, nie odwracając wzroku od chłopaka. Kobiety ciepłe, a mężczyźni nieugięci.
Tomek spojrzał na dłonie chłopaka. Wyglądały na suche i delikatnie zarumienione. Odwrócił wzrok.
W innym kącie stało też dziecko z plecakiem, który wydawał się bardzo ciężki, kobieta malująca usta przy lusterku, dwóch otyłych mężczyzn w roboczych ubraniach. I w tym wszystkim on niby będący takim samym pasażerem jak oni, ale jednak nie potrafiący wtopić się w tłum.
Może to dlatego, że tylko on z nich wszystkich był kujonem, rudolfem, małpą, pedałem, ciotą, idiotą (co swoją drogą z „kujonem” stanowiło całkiem ciekawe połączenie – idiotyczny mądrala czy inteligentny idiota?) i babą? A to wszystko w jednym tylko drobnym Tomkowym ciele.
Gdy wszedł do domu, zobaczył porzucone w nieładzie w przedpokoju różowe kapcie mamy. Różowy dla kobiet i dziewczynek. Tomek miał niebieskie, a jego ojciec czarne. Wszak różowy nie nadaje się dla chłopców.
Krzysztof siedział w salonie, sącząc spokojnie piwo. Zajmował fotel naprzeciw telewizora, który rzucał na jego twarz światło o chłodnym odcieniu. Tomek ostatnio omijał ojca szerokim łukiem, nie chcąc wchodzić mu w drogę. Mamy prawie nie widywał.
– Gdzie mama? – zapytał cicho.
Krzysztof odwrócił się w jego stronę ze zdziwieniem tak ogromnym, jakby właśnie usłyszał głos nie swojego normalnego syna, a bardziej gdyby po raz pierwszy odezwała się do niego niemowa.
– W pracy, a gdzie ma być – odpowiedział szorstko, czyli tak, jak trzeba traktować chłopca.
– Aha – mruknął i już chciał wyjść, gdy zatrzymał go głos ojca:
– Co chcesz na obiad?
– Obojętnie.
– Pizza może być?
– Tak.
– To zamów coś.
I tyle.
Przeglądając znalezioną w jednym z kuchennych kątów ulotkę pobliskiej pizzerii, doszedł do wniosku, że wcale nie jest głodny. Z salonu dobiegał głos prezentera wiadomości, który beznamiętnym tonem mówił o jakiejś katastrofie. Kogo obchodziły jakieś katastrofy?

niedziela, 16 kwietnia 2017

Przypadek Araty

Drodzy czytelnicy,
Z okazji Wielkanocy pragnę złożyć Wam spóźnione życzenia i zaprezentować utwór, który powstał właśnie z tej okazji. Mam nadzieję, że ten przypadek przypadnie Wam do gustu.
Pragnę też przypomnieć, że komentarze są świetnym motywatorem do dalszej pracy, więc nie krępujcie się, nawet jeśli moje (po)tfory nie przypadły Wam do gustu.
Wesołych Świąt i tradycyjnie zapraszam 

Przypadek Araty

Arata pisze się znakiem na „nowy”. Japońscy rodzice nadali swojej pociesze to imię nie bez powodu. Ród Tsuchishita znany był w czasach samurajskiego rozkwitu, jednak po pewnej wpadce jednego z przodków, także samuraja swoją drogą, słuch o nim zaginął. Arata nigdy nie wiedział, jaką hańbą okrył się ów przodek, ale sprawa była na tyle poważna, że nawet on nie znał jego imienia, a rodzice zawsze powtarzali, że na obon przybędą wszyscy, tylko nie wspomniany przodek. Wtedy w chłopcu mieszało się uczucie współczucia z wrażeniem podyktowanej rozsądkiem sprawiedliwości – skoro krewnego spotkał taki los, musiał nań zasłużyć.
Arata zawsze miał całkiem niezłe wyniki w nauce. Nie najlepsze, ale niezłe, choć prawdziwa duma przepełniła jego rodziców dopiero gdy dostał się na Uniwersytet Tokijski. Nawet nie dali sobie powiedzieć, że przecież był na samym dole listy, tuż nad kreską. Wyjechawszy z rodzinnego miasteczka pod Osaką, Arata zamieszkał w Tokio, ale ponieważ jego rodzice nie byli w stanie dawać mu za wiele pieniędzy, a Tokio uznawane jest przecież za jedno z najdroższych japońskich miast, podjął się pracy jako sprzedawca. Kierunek jego studiów nie był fascynujący, ale robił wszystko, co w jego mocy, żeby zdawać każdy semestr oraz utrzymywać oceny ponad granicą zdawalności. I wtedy stało się to.

Ze snu wybił go irytujący dźwięk dzwoniącego telefonu. Mruknął coś nieprzyjaźnie, mlasnął i po omacku odnalazł dłonią leżący przy futonie telefon.
– Halo?
– Z ojcem doszliśmy do wniosku, że powinieneś przedstawić nam swoją dziewczynę.
Początkowo Arata zmarszczył brwi, nieznacznie rozwarł powieki. Ujrzał rozmazany obraz swojego pokoju w Tokio. Przetarł najpierw jedno oko, potem drugie, po czym doszedł do niego sens słów matki i poczuł, jak całe ciało drętwieje mu z przejęcia.
– Dzi-dziewczynę? – wydukał.
– W związku z tym jeżeli odpowiednio wcześnie nie przedstawisz nam kandydatki, my sami zaproponujemy naszą.
Arata przełknął ślinę, próbując pozbyć się ogromnej guli, która właśnie zaczynała zalegać w gardle.
– Zrozumiałem – odparł.
– Pamiętaj tylko, by wybrać kogoś odpowiednio wpływowego. W końcu nazwaliśmy cię Arata, więc to ty powinieneś odkupić dobre imię naszej rodziny.
Gdy tylko Arata się rozłączył, napotkał spojrzenie, w którym niezrozumienie mieszało się z popłochem.
– Kto to? – zapytał siedzący obok Araty Eiji. Zaciskał dłoń na przykrywającej dolne partie ciała kołdrze. Jego szczupły tors był kompletnie nagi, co wzbudziło w Aracie uczucie gorąca pomieszane ze wstydem.
– Moja matka – odparł.
Eiji skierował spojrzenie w dół.
– Czego chciała? – zapytał smutno. Spodziewa się, pomyślał Arata.
– Chce, żebym przedstawił jej dziewczynę. Bo jak nie, to sama mi ją znajdzie.
Eiji wciągnął głęboko powietrze.

Już ubrani siedzieli na futonie z dwoma kubkami herbaty i przeprowadzali burzę mózgów.
– A może przebierzesz się za kobietę? – zapytał entuzjastycznie Arata.
– Myślałem, że cię to nie kręci – odparł Eiji, przewracając oczami. Był młodym mężczyzną o delikatnej urodzie, ale bez przesady.
– Będziesz jak aktor kabuki – namawiał go Arata.
– Nic z tego – odparł Eiji, na co jego partner westchnął z cierpiętniczą miną. – A może po prostu przedstawisz mnie swoim rodzicom? – podjął temat po chwili.
– Żartujesz? Matka chyba padnie na zawał. Nie dość, że nie odbuduję honoru rodziny, to jeszcze dowie się, że nie może liczyć na wnuki.
– Ciężka sprawa – westchnął Eiji popijając gorzką zieloną herbatę.
– Ano.
Nastąpiła między nimi chwila ciszy, w której siedzieli nieruchomo i tylko para wolno unosząca się nad kubkami znaczyła swoją obecność. Wtedy właśnie Arata wpadł na pomysł, który wydał mu się genialnym.
– Wiem!
Eiji spojrzał na niego.
– Co?
A wtedy Arata przedstawił mu swój genialny plan.

Eijiego poznał na studiach. Był, tak jak on, pochodzącym z niedużej wioski pod większym miastem przeciętnym uczniem. Zakochali się w sobie przypadkiem i potajemnie, gdyż na studiach wszyscy myśleli o nich wyłącznie jako o przyjaciołach.
Imię Eijiego oznaczało „wieczność” i Arata uznawał, że właśnie to widział w oczach przyjaciela – bezkresny mrok wszechświatów. Lecz jak miał to powiedzieć matce?
Kiedy weszli do wnętrza domostwa, Eiji rozejrzał się z ciekawością. Rodzina Araty jednak nie żyła tak skromnie, jak mu się wydawało. Pomieszczenia były przestronne i zadbane, a ściany zdobiły piękne kaligrafie przechowywane od pokoleń. Zdobycze cywilizacyjne harmonizowały tu z tradycyjnym wystrojem – od razu zauważył, że pani Tsuchishita miała wyczucie do wnętrz. Dlatego właśnie młody Arata za każdym razem, gdy wracał do domu, myślał o erze Meiji, jednak zamiast nieporządku spowodowanego nagłym otwarciem się Japonii na świat, panowała tam idealna harmonia między zdobyczami zachodu a tradycją.
– Wróciłem! – powiedział Arata, wchodząc do wnętrza. Za nim nieśmiało tuptał Eiji.
– Witaj w domu, synu.
Przed młodymi mężczyznami pojawiła się smukła kobieta o wyniosłej twarzy, odziana w elegancki nowoczesny strój w stylu zachodnim.
– Mamo, to jest Eiji, mój przyjaciel – powiedział, wskazując na Eijiego, który skłonił się nisko.
– Bardzo miło mi panią poznać – powiedział sztywno.
– Witaj, Eiji... jaki? – kobieta uniosła brew w oczekiwaniu, spoglądając na młodzieńca z dużą dawką sceptycyzmu.
– Eiji Katō.
Matka przez chwilę stała z wybałuszonymi oczami, jednocześnie próbując zamaskować zaskoczenie. W końcu istniało przypuszczenie, jakoby ród Katō spokrewniony był z Fujiwarami – swego czasu jedną z najbardziej wpływowych rodzin w Japonii. Jednakże kobieta szybko ukryła początkowy zachwyt przyjacielem syna, wypinając pierś do przodu.
– Ładnie – skwitowała chłodno. – Przygotujcie się do posiłku – odparła i odeszła.
Eiji wypuścił długo wstrzymywane powietrze z płuc.
– Myślisz, że się domyśla? – zapytał.
– W życiu. A nawet jeśli, ona ma taką obsesję na punkcie tego nazwiska, że pewnie wolałaby ciebie od jakiejś przypadkowej gyaru – odparł Arata, uśmiechając się do partnera, który odpowiedział nieznacznym rumieńcem i nerwowym chichotem. Czekał ich bardzo długi wieczór.

Przy stole było przerażająco cicho. Eiji jadł drżącymi dłońmi, z całych sił skupiając uwagę na tym, aby niczego nie upuścić. Każdy kęs chwytał mocno pałeczkami i unosił do ust dopiero kiedy był pewny, że nawet ziarnko ryżu nie spadnie. Pani Tsuchishita była kobietą z klasą. Każdy jej ruch był przemyślany i kontrolowany, nawet pozornie przypadkowe machnięcie ręką. Jej mąż zaś okazał się całkiem sympatyczny. Wyłamywał się ze schematu japońskiego Salarymana, który przychodzi do domu co miesiąc, by wręczyć żonie pensję i od czasu do czasu tylko tam sypia. O spaniu z żoną nie mówiąc.
Pan Tsuchishita był zupełnie inny. Nie stanowił ideału męskiego piękna, jak na Japończyka był dość tęgi, do tego miał krótką czarną bródkę i przydługie włosy, które ciągle odgarniał z oczu. Co jakiś czas uśmiechał się do Eijiego z drugiego końca stołu.
– Więc, chłopcy, studiujecie razem? – zagaił po czasie.
– Tak – odparł Arata.
– Na tym samym kierunku?
Zgodnie pokiwali głowami.
– Musi być świetnie studiować z przyjacielem, pamiętam kiedy to ja szedłem na studia i... – zaczął snuć swoją opowieść, jednakże przerwała mu żona:
– Eiji, słyszałam, że znasz dziewczynę Araty.
Eiji momentalnie zesztywniał, gdy wybrzmiało jego imię, wypowiedziane chłodnym i wzniosłym tonem głosu. Przez kręgosłup przeszedł mu dreszcz. Przechodzili do tej części „genialnego planu” Araty, którego najbardziej się obawiał. Nigdy nie był dobrym kłamcą.
– T-tak – odpowiedział, jąkając się odrobinę.
– Arata nie chciał za wiele o niej mówić, więc może ty nam opowiesz – stwierdziła między jednym kęsem a drugim. – Jaka ona jest?
Eiji odłożył pałeczki. Przełknął ślinę, przebiegł palcami po stole. Poczuł, że zaczyna się pocić. Zerknął dyskretnie w kierunku Araty, ale ten wbijał wzrok w talerz. Cudownie. Eiji przez krótką chwilę miał ochotę zostawić go samego z jego problemem, po prostu powiedzieć prawdę i wyjść. Wyprzeć się go tak, jak on w tej chwili wypierał się jego. Problem w tym, że nie miałby gdzie się wybrać. Zapadał już późny wieczór, a ostatni pociąg powinien odjechać za chwilę. Odetchnął.
– Jest piękna – mówił, patrząc wymownie na Aratę, który jeszcze intensywniej wpatrywał się w jedzenie, jakby było w nim coś fascynującego. – Szczupła, ma krótkie włosy, takie do ramion. Ubiera się dość zwyczajnie, ale schludnie.
Widział, jak Arata delikatnie czerwienieje na twarzy. Miał świadomość, kogo opisuje Eiji. No może poza fryzurą.
– Ale powiedz nam coś o niej, jaka jest – naciskała pani domu.
– Jest... dość nieśmiała i grzeczna. Chyba nie ma osoby, która by jej nie lubiła.
Arata przewrócił oczami i uśmiechnął się pod nosem. Eiji już słyszał, jak mówi: Ale sobie wlewasz.
– Brzmi wspaniale – odparła pani Tsuchishita.
– Dlaczego jeszcze jej nie poznaliśmy? – uzupełnił mąż, tym razem zwracając się do syna.
– To dość skomplikowane. Jej rodzice... Na święta musiała wrócić do siebie. Są dość...
– Czyżby chodziło o nasze nazwisko? – zapytała gospodyni domu. Ton jej głosu wskazywał na fakt, że pytanie to miało tylko jedną poprawną odpowiedź:
– Nie, skąd. Po prostu bardzo chcą mieć ją dla siebie – dukał Arata.
– Ach tak. – Pan Tsuchishita przyjął informację bez zająknięcia i wrócił do jedzenia.
Eiji czuł, że z nerwów kompletnie traci apetyt, ale jadł dalej, pozostając uprzejmym.
– Myśleliście już o ślubie? Wnukach?
– Nie! – zaoponowali jednocześnie Arata i Eiji, po czym spojrzeli po sobie i spłonęli czerwienią jak piwonie. Zamaskowali zdenerwowanie śmiechem.
– Mamo, do kogo skierowałaś to pytanie?
– Do ciebie, synu – odpowiedziała kobieta, unosząc wysoko brew i przypatrując się im obu z zaciekawieniem. – Ale widzę, że obaj nie palicie się do obowiązków. Ci młodzi w tych czasach...
– Muszą się wyszaleć – odparł z lekceważeniem pan Tsuchishita. – Zostaw młodych, wyszaleją się, to się ustatkują.
– Już nadchodzi czas na ustatkowanie się.
– Mają dopiero po dwadzieścia lat – mówił niezrażony.
– Aż dwadzieścia – naciskała.
Mąż wzruszył tylko ramionami, puszczając oczko do Eijiego. Przeszedł go dziwny dreszcz. Pragnął jak najszybciej odejść od tego stołu, ale udało mu się utrzymywać pozory względnie dobrej zabawy do samego końca.

Posiłek na szczęście nie trwał jeszcze długo, a przy czarce sake (na którą szczególnie naciskał pan Tsuchishita) wszyscy odpowiednio się rozluźnili.
A wtedy nadszedł czas, by się umyć i położyć do łóżek.
– Całe szczęście, że mamy pokój gościnny, bo w innym wypadku pewnie musiałbyś gnieździć się w pokoju Araty – odparła pani domu, prowadząc Eijiego korytarzem. Arata, który szedł tuż przy jego boku, spojrzał nań znacząco. Dobrze wiedział, że Eiji wolałby spać z nim na jednoosobowym futonie niż samotnie w jakimś pokoju tego obcego domu.
– To tu.
Otworzyły się drzwi niewielkiego pokoiku w stylu zachodnim – z łóżkiem, szafą i regałem wypełnionym książkami.
– Jeżeli będziesz czegoś potrzebował, Arata wszystko ci pokaże. Dobranoc – odparła, nieco za długo zatrzymując wzrok na synu, po czym poszła do swojej i męża sypialni.
Eiji odetchnął.
– Nie chcę tu spać – jęknął.
– Nie dałbym ci. – Arata uśmiechnął się łobuzersko, a Eiji odwzajemnił się także radością wymalowaną na twarzy.
Eiji dostał od Araty uroczą, zadrukowaną malutkimi podobiznami Pikachu piżamę z przykrótkimi nogawkami i rękawami. Wyglądał w niej nieco biednie, choć sam właściciel ubrania stwierdził, że to całkiem urocze.
Gdy przechodzili do pokoju, układał palec na ustach. Co jak co, ale jego matka nie mogła przyłapać ich w jednym pokoju.
– Mogę rozwinąć ci futon i będziesz spać na ziemi albo... – zerknął na własne łóżko, podobne do tego w pokoju gościnnym, także jednoosobowe i w stylu zachodnim, choć wyglądające przytulniej i na zdecydowanie wygodniejsze.
– Nie chciałbym robić ci problemu, ale...
– Futon chyba będzie niepotrzebny.
Więc się położyli. Ponieważ wieczór ten był dla nich obu bardzo męczącym doświadczeniem, mimo narastającej przez cały dzień tęsknoty za bliskością swoich ciał, gdy tylko położyli głowy na poduszkach, od razu posnęli przytuleni do siebie.
Eiji otworzył oczy dokładnie w momencie, w którym rozległ się dźwięk otwieranych drzwi. Nie zdążył nawet odepchnąć od siebie przytulonego do jego piersi i uśmiechającego się przez sen Aratę, usiąść, wstać ani tym bardziej rozwinąć sobie futonu.
– Ara... – Pan Tsuchishita urwał w pół słowa i po prostu stał przez chwilę z otwartymi ustami. Zza jego pleców dobiegały dźwięki towarzyszące krzątaniu się po kuchni. Eiji i ojciec Araty przez chwilę patrzyli sobie w oczy, a gdy z oddali rozległ się głos pani Tsuchishita, mąż tylko odkrzyknął coś szybko, po czym zamknął drzwi od środka. Eiji zdziwił się bardziej i już chciał obudzić Aratę, ale gospodarz powstrzymał go ruchem dłoni.
Próbował przekazać mu coś na migi, ale im więcej machał, tym Eiji mniej rozumiał.
– Może pan mówić – wyszeptał.
– Nie martw się. Tak myślałem, że z moim synem i tą dziewczyną to tak nie do końca – odpowiedział szeptem, siadając na krześle stojącym przy biurku w pokoju syna i obracając się przodem do nich.
– To nie tak, jak pan myśli! – zaoponował Eiji, uświadamiając sobie, że była to najgorsza możliwa wymówka wzięta prosto z idiotycznych zachodnich filmów.
– Chłopcze, mnie nie oszukasz – machnął ręką z pobłażaniem.
– A-Ale naprawdę, my nie...
– Ja to tam pal licho, ale lepiej niech ta kobieta się nie dowie.
Eiji aż zadrżał na całym ciele, a Arata poruszył się przez sen i wymruczał pod nosem:
– Już wstajesz? Myślałem, że jeszcze poleżymy.
Pan Tsuchishita spojrzał na Eijiego znacząco. Jego kłamstwo zostało wydane.
– Twój ojciec przyszedł.
– Nie żartuj tak, chodź jeszcze pospać – mówił Arata, nawet nie otworzywszy oczu, za to mocniej obejmując partnera i pozwalając sobie na nieco śmielsze przesunięcie dłonią po jego torsie.
– Nie żartuję.
Wtedy Arata jak na komendę rozwarł szeroko powieki i spojrzał prosto w twarz swojemu ojcu, który wyglądał... na nieźle rozbawionego. Usiadł pospiesznie, a za nim do siadu przeszedł Eiji.
– My z matką też kiedyś tacy byliśmy.
– Niemożliwe! – wyrwało się Eijiemu, po czym zakrył dłoń ustami.
– A jednak. – Ojciec wydawał się jeszcze bardziej rozbawiony mimo ewidentnej wpadki chłopaka.
– Dlaczego mnie nie obudziłeś? – wyszeptał z wyrzutem Arata.
– Pan Tsuchishita pokazał mi, że mam tego nie ro...
– Co tu się wyrabia? – Nagle z progu rozległ się głos gospodyni.
Pani Tsuchishita stała jak wryta, patrząc na swojego syna i jego przyjaciela, dwóch przykrytych jedną kołdrą, siedzących na tym samym łóżku.
– Czy wasza relacja nie jest nieco zbyt zażyła? – zauważyła błyskotliwie.
– Tylko nieco – zażartował jej mąż, chichocząc pod nosem.
– Czy wy... Chłopcy, wy...
– Mamo. – Arata wstał i wskazał na przyjaciela. – To jest mój chłopak.
Wszyscy zastygli w bezruchu, czekając na reakcję kobiety, która stała przez chwilę, patrząc w bliżej nieokreślonym kierunku, po czym po prostu odwróciła się i wyszła.
– Było bardzo źle? – zapytał Arata ojca. Ten tylko uśmiechnął się do niego współczująco i mruknął:
– Pójdę z nią porozmawiać.
Arata skinął głową.
Gdy tylko drzwi się za nim zamknęły, Eiji spojrzał na Aratę jak zbity pies.
– Przepraszam, to moja wina. Nie powinienem w ogóle przyjeżdżać.
Ale Arata bez słowa po prostu zamknął go w ramionach.

Pani Tsuchishita uwijała się przy garnkach jak robocik.
Jej mąż stanął w kącie, nie chcąc przeszkadzać.
– Daj spokój, lata temu samurajowie wiązali się ze swoimi uczniami i nikt nie miał nic przeciwko.
– Łatwo ci mówić – mruknęła pod nosem, dalej się krzątając.
– Powinnaś się z tym pogodzić, będziesz musiała prędzej czy później.
Kobieta zgromiła męża wzrokiem, przystając na chwilę, po czym wróciła do krążenia po kuchni.
– A co ci takiego nie pasuje? Eiji to miły chłopak, nie jest jakąś tam gyaru, nie należy do yakuzy.
– Nigdy nie wiesz.
– A jego nazwisko?
Kobieta znów przystanęła i odwróciła się do męża.
– Wiesz, o co chodzi?
– Nie wiem.
– Wczoraj wieczorem wyszukałam tego całego Katō i wiesz, co się okazało? Że jest synem siostry tej wrednej Kimury dwa domy dalej!
– I naprawdę tylko o to chodzi?
– A jak myślisz? Przecież z takim nazwiskiem normalnie bym nie miała nic przec... – urwała, bo przed nią stanął syn, w którego cieniu ukrywał się Eiji.
– Matko – zaczął wyniośle. Jedną dłoń trzymał za plecami i zaciskał w niej kościste palce partnera. – Jeżeli zajdzie taka potrzeba, to zgodnie z niedawną zmianą praw gotowi jesteśmy wziąć ślub. Jeżeli zaistnieje problem z potomkiem, pomyślimy o adopcji. Dołożymy wszelkich starań, by spełniać twoje warunki, jakiekolwiek by one nie były.
Kobieta stała jak wryta, popatrując raz na powagę wymalowaną na twarzy syna, a potem na spuszczoną głowę Eijiego.
Podczas gdy ojciec nie mógł już dłużej się powstrzymywać i wybuchł, wypełniając pomieszczenie gromkim śmiechem. Za nim podążyła matka, później Arata, a na końcu Eiji. Zgodnie śmiali się do rozpuku, choć żadne z nich nie wiedziało dlaczego. W końcu to szczęśliwa, spełniona miłość, dlaczego więc miałaby przyczyniać się do czyjegokolwiek cierpienia?

sobota, 8 kwietnia 2017

Facet to musi być facet: 06. Chłopiec zagubiony

06. Chłopiec zagubiony

– Hej! – Usłyszał nieznajomy dziewczęcy głos, choć nie był pewien, czy okrzyk ten skierowany został w jego stronę, więc nie przystanął. – Rudolf – odpowiedź nadeszła szybciej niż się tego spodziewał. Tym razem stanął jak wryty. – Tak na ciebie mówił ten... Tymek, prawda? – Oczom Tomka ukazała się dziewczyna w niebieskiej bejsbolówce i z uśmiechem na twarzy, najwidoczniej zadowolona, że zapamiętała imię. – Wczoraj szybko wyszedłeś z lekcji i pani kazała ci to przekazać – odrzekła, ku zdziwieniu chłopca, bez cienia złośliwości i podała mu pedantycznie równo złożoną katkę. Odebrał ją bez słowa i już widział, jak dziewczyna odchodzi, a właściwie wpada na jednego z anonimowych nauczycieli, który sprowadza ją do normy, przypominając o zakazie noszenia nakryć głowy w pomieszczeniach. Tomek odruchowo dotknął swojej głowy, jakby sprawdzając, czy nie ma tam żadnej czapki, ale pod palcami poczuł tylko ostre końcówki krótko ściętych włosów. Sam właściwie nie wiedział dlaczego są takie krótkie. Chyba z zasady.

Czasem Tomek spogląda w lustro i widzi. Czerwoną twarz, drobne włoski, które wypełniają przestrzeń między brwiami i rozrastają się coraz niżej w kierunku powiek. Małe bolesne kropki, przez które z twarzy próbuje wydostać się łój i włoski, które rosną tam, gdzie dotychczas ich nie było. Są czarne jak smoła i zakręcają się w drobne loczki. Ale nie ma w nich nic uroczego. Rozsiewają się po tomkowym ciele jak zaraza. Jego pot zaczyna przybierać woń tak drażniącą, że bywają dni, gdy chłopiec od razu po powrocie do domu wskakuje pod prysznic. Zmienia się, ale ta zmiana jest jak brutalna ingerencja we wszystko to, co posiadał do tej pory i co mu się przecież należało. Bo cóż innego mógłby w życiu posiadać, jak nie samego siebie?

Pewnego ciepłego jesiennego dnia, kiedy słońce przebijało się pomiędzy chmurami, matka wysłała Tomka do sklepu po warzywa. Dopiero wtedy chłopiec uświadomił sobie, że jeszcze nigdy nie miał sposobności znaleźć się w okolicznym sklepie z żywnością z drzew i ziemi zebraną. Mimo że matka go pokierowała (I jak wyjdziesz na drogę, to skręcisz w prawo, tam będzie takie zejście w dół), zgubił się. Krążył chwilę po okolicy, a gdy zobaczył schodki, od razu odetchnął z ulgą i zszedł po nich ochoczo. Przed oczami mignęły mu tylko oberwane naklejki z godzinami otwarcia:
pn – pt 9:00 – 19:00 
sb – nd 10:00 – 14:00
Wszedł. Pomieszczenie okazało się fioletowe, a zapach ziemi i (wątpliwej świeżości) owoców oraz warzyw było ostatnim, co Tomasz mógł tam poczuć. W środku unosiła się charakterystycznie drażniąca woń kojarząca się ze sterylnością z domieszką czegoś przyjemnego, odświeżającego.
– Dobry! – zawołała kobieta z jednego z dalszych pomieszczeń. Tomek widział tylko otwarte drzwi. W przedpokoju, do którego wszedł, a raczej w poczekalni znajdował się rząd wieszaków, kilka krzeseł oraz stoliczek z pisemkami dla kobiet. Na parapecie ponad stoliczkiem stało pudełeczko z cukierkami. Tomek już wiedział, że to wcale nie był żaden warzywniak i już chciał się ewakuować, gdy znów zatrzymał go głos kobiety: – Proszę wejść! – Tomek stanął jak wryty. – Usiądź i rozgość się, kochana!
Za przymkniętymi drzwiami rozległ się trzask uderzających o siebie przedmiotów, szum strumienia wody i nieregularne uderzenia o zlew. Chciał stamtąd wyjść, ale nim zdołał zdecydować się na odwrócenie i ewakuowanie z nieznanej przestrzeni, zatrzymała go stojąca w progu pomieszczenia kobieta.
– Ty, kochanieńki? A myślałam, że dzisiaj Adamowa, nie wiedziałam, że syna zapisała. Co tam, chodź na stół, będziemy cię kroić – zażartowała.
– Ale ja... – próbował wyjaśnić Tomek, jednak kobieta już zniknęła w głębi pomieszczenia, więc Tomek, podążając za nią, zajrzał do jego wnętrza. Uderzył go kwiatowy zapach, zobaczył fotel kojarzący się z dentystycznym gabinetem i szklane półki, na których stały samotne butelki, oddalone od siebie tak, aby pozostawało dużo przestrzeni pomiędzy nimi. Małość sprawiała wrażenie ekskluzywności. To nie przepych stanowił o bogactwie, przeciwnie – miało być niewiele, ale drogo. Na butelkach odznaczały się połyskujące napisy nieznanych Tomkowi firm, co już w pewnym stopniu stanowiło wyznacznik ich ceny. Kosmetyki Tomek tylko kojarzył dzięki reklamom i zapachowi kredki na ustach matki.
Ze ściany chłopca obserwowała uśmiechnięta kobieta – wyglądała naturalnie, estetycznie, młodo. Miała gładką cerę, mały nosek, przydługie rzęsy i ładnie wykrojone usta.
Gdzieś w kącie stał rząd kolorowych lakierów w szklanych buteleczkach i stoliczek z lampą.
– No, kochaniutki, nieźle ci się na twarzy porobiło.
Tomek zmarszczył brwi. Zauważył, że stał się czerwony, ale żeby coś się działo z jego twarzą?
– Co ma pani na myśli? – zapytał.
– Zmiany trądzikowe, przebarwienia i te suche miejsca. Wygląda na to, że masz cerę mieszaną. Aż dziw, że w tak młodym wieku twarz ci zaczęła dojrzewać – mówiła. – Ale nic się nie martw, im wcześniej się zaczyna, tym szybciej skończy.
Tomek patrzył na nią niepewnie, marszcząc brwi. Musiał przy tym wyglądać komicznie. Czuł, że żadna z oznak przedwczesnego dojrzewania nie rokuje dobrze, więc zapytał o pierwsze, co przyszło mu do głowy:
– Czy da się coś z tym zrobić?
– Możemy zapisać cię na oczyszczanie twarzy – odparła kobieta, krzątając się po pomieszczeniu.
– I na czym to polega? – zapytał nieufnie.
– Na usuwaniu tych brzydkich rzeczy z twojej facjatki, ale może ono za to spotęgować zaczerwienienia na jakiś czas.
Tomek wzdrygnął się, przypominając sobie tak chętnie powtarzanego przez młodzież Rudolfa. Nie mógł sobie znów na to pozwolić.
– A jeśli nie zrobię tego oczyszczania?
– To będziesz miał więcej zmian trądzikowych – powiedziała z taką beztroską, jakby właśnie streszczała swój śniadaniowy repertuar. – Używasz jakichś kosmetyków do twarzy?
– Kosmetyków? – Tomek aż wzdrygnął się na brzmienie tego słowa. Przecież kosmetyki były dla dziewczyn, a nie dla chłopców.
– Toniku, żelu do oczyszczania twarzy... – zaczęła wymieniać.
Tomek pokręcił głową.
– Może powinieneś zacząć. Porozmawiaj o tym z rodzicami – zachęciła go, uśmiechając się.
I wtedy na Tomasza spłynęła świadomość czasu, obowiązek kupienia warzyw i to, że rozmawiał o kosmetykach, a w dodatku do tego z kosmetyczką. Przecież był chłopcem, to nie przystoiło chłopcom! Ze zdenerwowania aż jego serce przyspieszyło bicie.
– Dziękuję, ale muszę już iść – powiedział i pospiesznie skierował się do wyjścia.
– Pamiętaj, porozmawiaj z rodzicami! – odparła jeszcze na odchodnym.
Gdy nieco za głośno i niezdarnie za malcem zamknęły się drzwi, kobieta uśmiechnęła się pod nosem.
– Miły chłopiec – rzekła do siebie, po czym wróciła do obowiązków.

Jak się okazało sklep z warzywami widniał zaledwie kilka metrów dalej. Gdy tylko Tomek wszedł do środka, kobieta w związanych na czubku głowy lokach i mocnym makijażu obrzuciła go krytycznym spojrzeniem. Wyciągnął z kieszonki kurtki wymiętoloną kartkę, by zgodnie z nią zrobić zakupy. Chciał jak najszybciej wrócić do domu, zamknąć się w swoim pokoju i zapomnieć o tej fatalnej pomyłce.
Wracając, żeby odgonić niechciane uczucie krępacji wynikającej z okropnej pomyłki i dziwacznej wizyty w salonie kosmetycznym (modlił się, żeby nikt ze szkoły go nie widział), pozwolił, by w jego głowie pojawiła się przypadkowa melodia. Był to refren Livin' La Vida Loca Rickiego Martina. Przypomniał sobie teledysk, samego wokalistę, a jego krok nabrał tempa piosenki. Gdyby zamknął oczy, z pewnością ujrzałby uśmiech ojca spod gęstego wąsa i jego taneczny krok. Ubrany byłby w szare spodnie z bliżej nieokreślonego materiału, na stopach miał stare kapcie i właśnie poprawiał golf, który pewnie by go uciskał w szczupłą szyję. Był wtedy taki młody i żywotny. Kiedy wiek Tomka plasował się w granicach dziecka małego, jego rodzice wydawali się sympatyczniejsi i częściej bywali radośni. Sam nie wiedział, z czego to wynika. Może po prostu doświadczyli goryczy codzienności, a on stał się dla nich rutynowym obciążeniem? Wtedy, idąc pustą ulicą pewnego ciepłego szarego dnia, na ramionach niosąc jeszcze zapach salonu kosmetycznego, zupełnie jakby nasiąknął grzechem, w tamtym właśnie czasie nie myślał jeszcze o sobie w ten sposób. Nie uważał się za ciężar, chociaż już wiedział, że rodzice nie będą z niego zadowoleni.
Kiedy tylko przekroczył próg domu, usłyszał krzyk:
– Nienormalne! – wydzierał się ojciec Tomasza. – Kto to widział!
Tomek miał ochotę zapytać, o co chodzi, jednak milczał, nieśmiało przekraczając próg dużego pokoju.
– Jebany zboczeniec!
– Krzysztof, nie przeklinaj – skarciła go żona.
Obydwaj wpatrywali się w ekran tak intensywnie, że nawet nie zarejestrowali, kiedy Tomek wszedł do środka. Gdy podążył za ich spojrzeniami, zobaczył.
Na telewizorze widniało zdjęcie Rickiego Martina, a poniżej rozciągał się gruby pas z wytłuszczonym napisem „Ricky Martin przyznał, że jest homoseksualistą”. Kiedy Wiadomości dobiegły końca, Irena wróciła do kuchennej części pomieszczenia i zmarszczyła brwi, zauważając nieregularny kształt leżący na blacie. Warzywa spoczywały samotnie w foliowej siatce, a Tomek najciszej jak potrafił zamykał drzwi do swojego pokoju. Upside inside out, She's livin' la Vida loca – śpiewał Ricky Martin w jego głowie, wciąż tym samym głosem co lata temu.

Mimo że świat zewnętrzny nie wydawał się przyjaźniejszy od domowego przeżytku, wyszedł na zewnątrz. Powietrze stało się rześkie i wilgotnie, niebo spowijały bure chmury. Nawet nie zauważył kiedy zaczęło zbierać się na deszcz. Droga była sucha, ale oczami wyobraźni widział już pociemniałą od wody kostkę brukową. Owiał go chłodny wiatr. Chłopiec wsadził ręce do kieszeni i po prostu szedł przed siebie. Znał te wszystkie uliczki – prowadzącą do znajdującej się mniej niż kwadrans drogi od domu Biedronki, sieć uliczek do przystanku, na którym gościł w tygodniu, jadąc do szkoły, a także uliczkę na plac zabaw ukryty pomiędzy blokami. Jak ognia unikał tej, którą zamyśliwszy się dotarł do gabinetu kosmetycznego. Skoro jego ojciec tak zareagował na coming out jednego z lubianych artystów, co by zrobił, gdyby dowiedział się o wizycie swojego syna u kosmetyczki? Tomek, jako że został nauczony dopasowywania kształtów do definicji, nie widział różnicy między mężczyzną dbającym o siebie a homoseksualistą. Stereotypy rządziły jego myślami podświadomie. A jednak również podświadomie czuł, że coś tu nie gra.
Stopy powiodły go w kierunku zupełnie odmiennym, bo gdy przechodził przez park, deszcz rozpadał się na dobre. Szybkim krokiem ruszył przed siebie i wtedy usłyszał za sobą krzyk:
– Ej, Rudolf! – Nie musiał się odwracać, żeby wiedzieć, że jego prześladowca jest tuż za nim.
– Rudolf czerwononosy! – rozległ się kolejny głos.
Tymek zbliżał się do niego niebezpiecznie szybko, a za nim podążało dwóch innych chłopców, których Tomek widywał w szkole.
– Rudolf musiał zaczerpnąć powietrza, bo za bardzo się zarumienił – powiedział Tymek, a jego koledzy wybuchnęli śmiechem.
Tomek, niewiele myśląc, wziął nogi za pas. Szybko przebiegł przez park, i jego oczom ukazał się pękaty budynek kościoła otoczony zielenią. Pobiegł w jego stronę, nie zważając na krople, które strumyczkami spływały po jego twarzy, dostając się do oczu i ust, aż w końcu przekroczył próg. Jego buty całe były od błota, przez co poczuł, że nie powinien tu być. W końcu ktoś musiał tę podłogę umyć, a on nie powinien niweczyć czyjejś pracy. Ale nie miał innego wyboru. Ciężkie drzwi pozostawały za nim otwarte. Przy wejściu znajdowało się kamienne aspersorium kolorem przypominające marmur. W środku znajdowała się odrobinka wody, jakby pozostawionej specjalnie dla niego. Zupełnie jakby był ostatnim oczekiwanym klientem. Uśmiechnął się pod nosem do tej myśli i ruszył przed siebie.
Tomek nie chadzał często do kościoła. Bywał w nim wraz z rodzicami od święta. Na Wielkanoc i Boże Narodzenie, kiedy budynek pękał w szwach od okolicznych chrześcijan. Nigdy nie miał okazji przyjrzeć się temu budynkowi dokładnie.
W środku było bardzo przestrzennie i ozdobnie, a towarzyszył temu metaliczny zapach. Szczególnie wybijało się wszechobecne złoto i brąz ławek ciągnących się dwoma rzędami. Tomek poczuł się przytłoczony idąc środkiem, więc podszedł do kolumny, na której widniała postać klęcząca, skąpana w mroku, z głową przekrzywioną i skierowaną ku malutkiemu światłu. Tomek przeczytał, że jest to podobizna Świętego Antoniego, jednakże poczuł się przytłoczony fizyczną wielkością malowitła, więc poszedł dalej. Między jednym z rzędów ław a ścianą budynku znajdował się rząd stalli. W przeciwieństwie do ław, pokrytych grubą warstwą zabezpieczającego lakieru, stalle były stare. Wyglądały jakby czas odciskał na nich swoje piętno od wielu lat. Mimo to stały ogromne, skąpane w świetle. Tomek znalazł zacieniony kąt przy wyjściu, by przeczekać w nim chwilę i wyszedł, przytłoczony ogromem kościoła. Nie zauważył odzianej w długą szatę postaci, która przyglądała mu się z konfesjonału.
Początkowo wychodził nieufnie. Przekroczył wprawdzie próg, jednakże przed postawieniem kolejnego kroku rozejrzał się uważnie na prawo i lewo, dokładnie lustrując okolicę. Deszcz siąpił cichutko, jedynie odznaczając się na kałużach. Ziemia była kompletnie mokra, a chodnik posiadał kolor pociemniałej szarości. A jeszcze niedawno świeciło słońce.